"Czarna Niedziela" w Krakowie
Gdy wybuchło powstanie warszawskie, a armia radziecka wraz z polskimi dywizjami wyzwoliła część okupowanego kraju i sforsowała Wisłę, Niemców ogarnęła panika. Podjęli szczególne środki jeszcze bardziej nasilonego terroryzowania społeczeństwa w tzw. Generalnej Guberni. Bali się powstań poza Warszawą, zwłaszcza w Krakowie. W osławioną niedzielę 6 sierpnia 1944, powszechnie nazwaną „czarną”, urządzili w Krakowie obławę zakrojoną na wielką skalę. Nie bawiąc się w legitymowanie i w selekcje, aresztowali kilkanaście tysięcy osób, głównie mężczyzn; około 7 tysięcy uwięzili w obozie w Płaszowie.
W osławioną niedzielę 6 sierpnia 1944, powszechnie nazwaną „czarną”, urządzili w Krakowie obławę zakrojoną na wielką skalę. Nie bawiąc się w legitymowanie i w selekcje, aresztowali kilkanaście tysięcy osób, głównie mężczyzn; około 7 tysięcy uwięzili w obozie w Płaszowie.
Do obozu w Krakowie – Płaszowie, któremu osobne studium poświęcił dr Roman Kiełkowski z zeszycie 11. „Oświęcim” „Przeglądu Lekarskiego”, trafiali, jak wiadomo, również aresztowani przez Niemców lekarze. Z początkiem lipca 1944 r. więziono w obozie w Płaszowie lekarzy: Jana Chudzickiego, Kornela Gibińskiego, Karola Kuśnierza, Walentego Popka, Emila Wyrobka i Piotra Wysockiego. Dr Kornel Gibiński i dr Walenty Popek zostali stąd przewiezieni do więzienia Montelupich (przebywali już tam wówczas dr Władysław Bernadzikowski i dr Mieczysław Riesser, aresztowani nieco wcześniej), a następnie do obozu koncentracyjnego w Gross – Rosen. Do Płaszowa został odkomenderowany z obozu Hamburg – Neungamme dr Stanisław Jagielski, a wraz z nim dr Konrad Zembrzuski, farmaceuta mgr Adam Głowa, student medycyny Jakub Szegidewicz i późniejszy lekarz, sanitariusz Jan Pierzchała. Dr Jagielski pełnił w obozie w Płaszowie czynności lekarza – więźnia w szpitalu dla Polaków. Przebywał tam również lekarz żydowski, dr Józef Abend. O lekarzach aresztowanych dnia 6 sierpnia 1944 r. zawarto osobne informacje w tym artykule.
Dnia tego było słonecznie i upalnie. Amatorzy kąpieli udali się nad Wisłę i Rudawę, a okoliczne obszary zielone zaroiły się od spacerowiczów. Około godz. 16 na ulicach miasta pojawiły się liczne patrole policyjne i wojskowe, obstawiono węzłowe punkty komunikacyjne. Wszystkich mężczyzn zatrzymywano, legitymowano i rewidowano, a następnie prowadzono do punktów zbornych znajdujących się przeważnie przy posterunkach policji. Wyciągano również mężczyzn z tramwajów i domów, oszczędzając tylko starców i chorych.
Na wieść o łapance ludzie próbowali wracać do domów okrężnymi drogami. Bezskutecznie. Nie powiodło się również Janowi Sierantowi, dyplomowanemu mistrzowi ortopedyście, który opalał się z rodziną nad Wisłą. Zorientowawszy się, że wojsko obsadza brzegi rzeki udał się szybko w drogę powrotną. Idą ulicą Stanisława był świadkiem, jak żołnierz zastrzelił z broni automatycznej mężczyznę, który biegł trzymając na ręce dwoje dzieci. Szczęśliwym trafem Sierant dotarł do domu przy ul. Orzeszkowej 9. Jednakże w chwili gdy wszedł do sieni, po przeciwnej stronie ulicy pojawił się patrol SS, padł strzał, a odbita od muru kula zraniła go w szyję i plecy. Brocząc krwią udał się do mieszkającego w tym samym domu dr Juliana Trelli, który ranę zaopatrzył. Stąd obu zabrali Niemcy na Planty Dietlowskie, gdzie kazano im, jak i innym aresztowanym, paść twarzą na ziemię.
Marian Krawczyk opisał przeżycia mężczyzny przyprowadzonego do punktu zbornego przy ul. Podgórskiej z około dwuletnim dzieckiem na ręku, którego nie chciał żonie oddać, sądząc, że Niemcy zwolnią go ze względu na maleństwo. O zmierzchu pomaszerował jednak pod eskortą z innymi 30 aresztowanymi na pl. Wolnica, gdzie dziecko odebrano mu i pozostawiono w komisariacie policji. Zatrzymani oczekiwali na transport stojąc twarzą do muru ratusza.
Punkt zborny, do którego zostałem odprowadzony z mego mieszkania przy ul. Starowiślnej 54 (obecnie Bohaterów Stalingradu), znajdował się opodal na skwerku. Aresztowanych mężczyzn odwożono z poszczególnych punktów wysokimi „budami” policyjnymi do obozu w Płaszowie. Gdy komuś wsiadanie do samochodu sprawiało trudność, podsadzano go brutalnie kolbami karabinowymi.
W obozie formowano wysiadających z aut w duże oddziały i kierowano do budynków otoczonych drutem kolczastym podłączonym do sieci elektrycznej wysokiego napięcia. Z okolicznego wzniesienia padały na gromadzących się Polaków kamienie. Dr Stefan Schwarz widział, jak strażnicy obozowi strzelali do aresztowanych. Wśród uwięzionych chodził komendant obozu Amon Goeth, który w lewej ręce trzymał rewolwer, a prawą bił każdego, kto mu się nawinął.
Baraki, w których zostaliśmy pomieszczeni, były zaprzeczeniem prymitywnej nawet higieny. Stały w nich prycze piętrowe, w których roiło się od wszelkiego rodzaju robactwa. Nic dziwnego, że pierwszą noc prawie nikt nie spał. Snuto się po barakach i obserwowano z okien tonącą w świetle reflektorów bramę obozu, przez którą wciąż jeszcze wjeżdżały auta z aresztowanymi.
Późno w nocy przyszli do baraku Niemcy w poszukiwaniu pracowników „Krakauer Zeitung”, która nie mogła się ukazać z powodu zdekompletowania personelu w czasie łapanki. Znaleziono garstkę pracowników gazety i zabrano ich ze sobą. Rano baraki opustoszały. W zwartej masie ludzkiej przelewającej się między budynkami odnajdowali się znajomi i krewni. Byli tu następujący pracownicy służby zdrowia: lekarze — dr Aleksander Frankowski, dr Julian Trella i dr Stefan Schwarz, student medycyny Jan Sobik, Jan Sierant, dyplomowany mistrz ortopedysta i Andrzej Bednarz, elektrotechnik Szpitala Państwowego. Należy oczywiście przypuszczać, że pracowników służby zdrowia było tu znacznie więcej. Wskazywał na to chociażby fakt, że kiedy wartownik odmówił skierowania rannego Sieranta do lekarza obozowego i silnie go uderzył, zaopiekowali się nim inni, nie wymienieni przeze mnie lekarze. Opatrunki wykonywali z czystych chusteczek do nosa i części bielizny otrzymanych od innych więźniów. Rana zaczęła trzeciego dnia ropieć, chory dostał gorączki i cierpiał z powodu uporczywych bólów.
Jeszcze przed południem weszli na nasz teren dwaj gestapowcy i zatrzymali się przed drutami. Oficer powiadomił nas w języku niemieckim, że jesteśmy zakładnikami i że o ile powtórzy się w Krakowie to, co stało się w Warszawie, zostaniemy wszyscy rozstrzelani. Wieść ta szybko rozeszła się po obozie i wy wołała na krótko ogólne przygnębienie. Były nawet wypadki targnięcia się na życie. Ogólny nastrój poprawił się jednak szybko. Z rozwagą i spokojem oczekiwaliśmy dalszego rozwoju wydarzeń.
Wkrótce nawiązano z nami kontakt przy po mocy zradiofonizowanego samochodu, który zajechał na plac apelowy. Komunikaty wygłaszał Niemiec w cywilnym, popielatym ubraniu, doskonale mówiący po polsku. Najpierw po informowano nas przez megafon, tym razem po polsku, o powodach naszego aresztowania. Następnie zarządzono, by zgłosili się do zwolnienia reichsdeutsche, volksdeutsche, Ukraińcy i obcokrajowcy. Na plac apelowy przeszło kilkanaście osób, przeważnie Ukraińców. Przez jednego z nich przekazałem wiadomość dla rodziny. Nie odszedł od nas znany mi osobiście kolejarz volksdeutscher, który spotkał się w obozie z kilkoma znajomymi. Najwidoczniej krył się ze swoim odszczepieństwem.
Wyrwanie z Krakowa tysięcy mężczyzn sparaliżowało działalność urzędów i zakładów przemysłowych. Instytucje te przesłały do komendantury obozu wykazy pracowników, których należałoby zwolnić. Gdy osoby te zaczęto wyczytywać przez megafon, zakładnicy stłoczyli się przy wyjściu. Jak się okazało, tylko nieznaczna liczba mężczyzn, znajdujących się na listach, została uwięziona. Wielu z nich schroniło się poza Krakowem lub pozostało w poniedziałek w domach i nie zgłosiło się do pracy w obawie przed dalszymi aresztowaniami. Wyczytani przechodzili przez szpaler, który pod wpływem tłoku zamykał się. Wtedy żołnierz stojący za bramą wyciągał pierwszego z brzegu mężczyznę, odwracał i silnym kopnięciem w pośladki wtrącał w tłum, który rozstępował się. W czasie takiego cofania się rozdarłem na gwoździu nogawkę od spodni i zraniłem nogę, co ułatwiło mi po zwolnieniu po wrót do domu.
Na próżno oczekiwaliśmy w niedzielę i poniedziałek na jedzenie z wymytymi wodą i piaskiem naczyniami i łyżkami, które powyciągaliśmy z wysypiska pozostawionego przez Żydów. Ci, co nie chcieli niepotrzebnie tracić energii i pragnęli opóźnić uczucie głodu, leżeli bezczynnie na pryczach. Poszczególne osoby zaaresztowano, zanim zdążyły skonsumować wycieczkowe zapasy. W jednym baraku zauważyłem mego kuzyna dojadającego z kolegą ocalałe w ten sposób udo kury.
Kwadrans przed północą zrobiono zbiórkę, o czym nie wiedziałem, i wydawano kaszę w ilości nie wystarczającej dla wszystkich. We wtorek zarządzono ponownie zbiórkę i znowu wyczytano przez megafon te same, co poprzedniego dnia, nazwiska osób reklamowanych przez zakłady pracy. Przez megafon padło ostrzeżenie: „Dzisiaj się bić i kopać nie będzie, tylko rzuci się granat ręczny tam, gdzie zaistnieje potrzeba”. W południe znowu nie otrzymaliśmy jedzenia. Ale z kuchni obozowej, w której pracowały kobiety i mężczyźni, Polacy i Żydzi, ukradkiem wydano niektórym osobom poprzez druty nieco zupy. Wyprosiłem wtedy od jednego chłopca łyżkę strawy i to był mój drugi i ostatni posiłek w czasie pobytu w obozie. Po południu zwolniono pierwszą większą grupę składającą się z młodzieży poniżej 16 lat i mężczyzn powyżej 52 lat. Po zakończeniu tych czynności przez władze obozowe zgromadziła się przy drutach odgradzających nas od kuchni znacznie większa ilość mężczyzn niż poprzednio. Jedni otrzymali kaszę i kapustę, inni niepotrzebnie skrwawili ręce na drutach kolczastych i odeszli z niczym. Zdaniem Krawczyka, w obozie panowała wzorowa solidarność wśród aresztowanych. Dzielono się jedzeniem i tytoniem, który kilku mężczyzn otrzymało po garści od obsługi kuchni.
W ciągu następnych dni zwalniano kolejno grupami kolejarzy, pocztowców, tramwajarzy i innych. Zwalnianie zakładników trwało w sumie 3 tygodnie. Nie wszyscy powrócili jednak do swoich rodzin. Kilkaset osób przewieziono do więzienia Montelupich, a stamtąd do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu. W miarę opuszczania obozu przez zwalnianych, wyżywienie poprawiało się i w końcu karmiono wszystkich. Dopiero 9 sierpnia pozwolono Radzie Głównej Opiekuńczej na do starczenie więźniom paczek żywnościowych.
Mnie osobiście udało się wyjść na wolność na legitymację lwowskiej dyrekcji kolejowej, która ewakuowała się do Krakowa i pojechała już dalej. Przed zwolnieniem spisywano nas i zobowiązywano do natychmiastowego zgłoszenia się w dotychczasowym miejscu pracy. Z obozu wyprowadzał nas w kolumnie trójkowej oficer SS. Zagroził, że jeśli nie będzie my równo maszerowali, zawróci nas do obozu. Panowałem nad sobą całą wolą, gdyż z głodu zataczałem się. Przed wyruszeniem i po drodze byliśmy liczeni. W pewnym miejscu mijał nas samochód z kilkoma więźniami. Na chwilę zatrzymał się, a oficer z eskorty zażartował cynicznie mówiąc, że oni „polizeihäftlingów” przywożą, a inni wypuszczają. Minęliśmy również pociąg zapełniony więźniami, których wywożono z Płaszowa. Przed bramą zostaliśmy przekazani żołnierzowi pełniącemu wartę, który w krótkich odstępach czasu wypuszczał nas po sześciu za bramę. Nie miałem sił, by iść piechotą. Zrezygnowany wsiadłem do tramwaju bez pieniędzy. Konduktorka spojrzała na moje rozdarte spodnie i spytała cicho, czy wracam z Płaszowa. Gdy skinąłem potakująco głową, odeszła, nie żądając wykupienia biletu. By uzupełnić obraz tamtych dni, przytoczę jeszcze spostrzeżenia dr Stanisława Jagielskiego, który w owym czasie był w obozie w Płaszowie lekarzem-więźniem i przez lekarza niemieckiego, esesmana dr Blankę odkomenderowany został do badania świeżo aresztowanych więźniów. Gdy wybuchło powstanie warszawskie, więźniowie czuli, że idzie o „być albo nie być” narodu polskiego. Wspomina też, że Kraków również przeżywał dni sierpniowe jako tragedię. W tym czasie dzień po dniu zwożono do więzień i obozów tysiącami młodzież. W Płaszowie zamknięto około 6000 osób. SD i gestapo zajeżdżało co godzina, wzywało przez megafony po kilka ofiar i odwoziło na miejsce przesłuchania i kaźni, a nierzadko bezpośrednio na górkę obozową, gdzie odbywały się egzekucje.
Do aresztantów mówił dość dobrze po polsku, choć z bardzo twardym akcentem, za pośrednictwem mikrofonu i głośników gestapowiec dr Kalbe. Zwracał się również do zakładników bezpośrednio. Dr Kalbe musiał należeć do elity SS, gdyż pozostali gestapowcy zwracali się do niego z dystansem, tytułując go „Herr Doktor”. Wskazując na nasze baraki powiedział po niemiecku do dr Jagielskiego: „Widzi pan, musimy tę zgraję trzymać w garści, inaczej urządzą nam to, co zrobili w Warszawie... Niech pan pamięta, że ten element nie może już ujrzeć własnych domów. Musimy pokrzyżować wszelkie plany konspiracji”. Powiadomił go również, że część uwięzionych, całkiem niezdolnych do wzięcia udziału w jakimś powstaniu, miano dla pozorów uwolnić. Pozostałych postanowiono częściowo zlikwidować, resztę zaś wysłać do obozów i fabryk w Rzeszy. Dr Jagielski miał pomagać w selekcji więźniów. Tymczasem lekarz niemiecki, hauptsturmführer dr Blanke, który często wyręczał się dr Jagielskim, polecił mu, by sam przeprowadził badania. Zanim dr Jagielski przystąpił do tych czynności, polecił swemu towarzyszowi obozowemu, staremu oświęcimiakowi Jankowi Pierzchale, by przyprowadzał mu do badania jedynie silnych i zdrowych zakładników, gdyż osoby z oczywistym kalectwem, inwalidzi i mogący się wykazać urzędowym świadectwem lekarskim zostaną i tak automatycznie zwolnieni przez SD.
Badani, na pytanie, co im jest, odpowiadali zazwyczaj: „Nic”. Wówczas dochodziło między dr Jagielskim a badanymi do takiej mniej więcej wymiany zdań:
— Pan ma gruźlicę płuc...
— Ale...
— Bez żadnego gadania. Der Ndchste! — krzyczał, maskując się wtrącaniem niemieckie go słowa.
Na trzeci dzień przyjechał szef krakowskie go gestapo, któremu podejrzane wydawało się zwolnienie 235 osób na gruźlicę, wady serca itp. ciężkie choroby.
Wtedy dr Jagielski z zimną krwią wskazał na tłum, w którym, jak po wiedział, znajduje się jeszcze cała masa kalek i inwalidów. Bomba pękła jednak, ale dopiero wtedy, gdy gestapowiec dowiedział się, że dr Jagielski, który nie miał na sobie obozowego „uniformu”, nie jest Niemcem, lecz Polakiem. Kazał natychmiast wezwać komendanta obozu. Na szczęście Goetha nie było na miejscu. Przybył jego zastępca, dr Blanke, który szybko zorientował się w sytuacji, a usiłując ratować swoją skórę, zapewnił szefa grupy gestapo, że zna doskonale dr Jagielskiego, do którego kwalifikacji można mieć zaufanie. W obawie przed kompromitacją dr Blanke nie przeprowadził dochodzeń i nie ukarał dr Jagielskiego, nazajutrz zaś sam miał rozpocząć badania więźniów.
Ale i wtedy opiekowano się dyskretnie Polakami. Prawdopodobnie to on badał Sieranta w trzecim tygodniu jego pobytu w Płaszowie i zwolnił go po sugestywnym zwróceniu jego uwagi przez lekarza-więźnia, dra Abenda, Żyda, że Sierant ma ropiejącą ranę i jest chory. Hitlerowcy po zwolnieniu zakładników z obozu w Płaszowie nadal nie dowierzali Polakom. Chcąc ich politycznie zdezorganizować, zarządzili w sierpniu 1944 r. przymus kopania okopów i rowów przeciwczołgowych. Akcja ta, w której musieli uczestniczyć również byli zakładnicy obozu w Płaszowie, objęła stopniowo całą ludność od 15. do 60. roku życia. Likwidacja obozu w Płaszowie rozpoczęła się jesienią 1944 r.
Aleksander Frankowski, Przegląd Lekarski, T. XXXI, nr 1 (1974), s. 157.